Rozdział
I
Czyli:
„Bezdomna”
W duchu modliłam
się, żeby przestali. W końcu nie jesteśmy na totalnym zadupiu i tu też istnieje
coś takiego, jak przechodzień. Przeszło już ich kilku i patrzyli na naszą
trójkę, jak na wariatów. Nic dodać, nic ująć. Po prostu siara. Mi zaś nie leży
myśl, że jeżeli tu zostanę to będą chodziły słuchy typu:
„Widzisz tą nową? Jej rodzina to psychopaci, a
ona sama powinna się leczyć.”
Zgodzę się z tym, ale nie chciałam, żeby to
jakoś specjalnie wyszło na jaw. Przeszłość mam taką jaką mam, nie zmienia to
jednak faktu, że istnieją we mnie uczucia, więc to rani. Zresztą chyba nikt nie
chciałby wywołać takiego pierwszego wrażenia, nie?
Moja ciotka podniosła głos. Robi się
nieciekawie.
- Nazwałeś mnie szmatą?! – Podejrzewam, że się
wkurzyła, i to mocno.
- Nie kurwa, ścierką – zakpił mój ojciec.
- Wyjdź stąd! Nie chcę cię tu więcej widzieć!
Patrząc na ciebie, chce mi się wymiotować- stwierdziła, krzywiąc się.
Samuel patrzył na nią z obojętną miną. Chyba się
nie przejął i miał ją w dupie. A zresztą, kogo on nie ma w dupie? Nawet własną
córkę miał, dlatego tu jestem.
- Nigdzie nie idę bez niej! – wrzasnął, łapiąc
mnie za nadgarstek.
- Nie dotykaj mnie! Nie chcę mieć z tobą
kontaktu, palancie!
Próbowałam się wyrwać z uścisku, lecz to nic nie
dało, był zbyt silny. Nie dziwię się temu. Miał swój gang, był kryminalistą. A
jednocześnie, choć dalej w to nie wierzę, zyskał wtyki u policji. Właśnie z
tego powodu nawet się nie przejęli i nic mu nie zrobili, gdy zabił moją matkę.
Titi kopnęła go w
krocze z całej siły, co sprawiło, że mnie puścił. Odsunęłam się od niego, by
czasem nie przyszło mu do głowy znów mnie złapać. Nie powiodło się.
Zbliżył się i mocno
szarpnął mnie za ramię. Ból nie do zniesienia. Jęknęłam i gdybym nie zamachnęła
się i z pięści uderzyła go w twarz, skończyłabym z pękniętą czaszką. Popchnął
mnie, a ja w ostatnim momencie złapałam się ławki. Myślałam, że mnie zaraz
szlag trafi z tą psychopatyczną rodziną. Rozbeczałam się i wybiegłam na ulicę.
W którą stronę się skierowałam? Nie pamiętam, byle być jak najdalej od niego. W
każdym razie dotarłam do parku.
Usiadłam na ławce i
podkuliłam nogi. Nie starałam się nawet powstrzymać łez. Muszę się jakoś
otworzyć. Pozbyć się resztek tego okropnego smutku, a płacz po prostu mi
pomagał. Zawsze. Nawet w tych małych błahostkach popłakałam się i od razu było
mi lepiej, nie wiem dlaczego, ale to jakoś mnie uspakajało. Myślałam wtedy nad
wszystkim i znajdywałam dobre strony wszystkiego, niestety czasami ich nie
było.
Usłyszałam kroki,
ale nie podniosłam głowy. Może mnie po prostu nie poznają, ale to mało
prawdopodobne. Rzucam się w oczy z kilku kilometrów. Ale ja nie o tym teraz…
- Hej… Znalazłem to, wypadło ci, jak koło mnie
przebiegałaś – odezwał się męski głos.
Ja… Ja koło kogoś przebiegałam? Byłam chyba zbyt
zajęta nie potknięciem się i wycieraniem łez by coś widzieć, niż na mijających
ludziach.
Spojrzałam
w górę. Stał tam chłopak o ciekawym kolorze włosów. To takie nienaturalne. Ta…
Mówi to dziewczyna, która sama ma kolorowe. W dłoni trzymał mały breloczek.
Pamiątka po mamie i jednocześnie… Nie ważne.
- Dziękuję, przepraszam za kłopot. – Wstałam i
uśmiechnęłam się blado. – Jestem Loraleith, mówią mi Lora.
Uścisnął moją dłoń, którą wystawiłam i także się
przedstawił. A mówią, że to ja mam dziwne imię. Poprawił mi lekko humor.
Przypomniałam sobie o mamie i o każdej chwili spędzonej z nią, a także o… No
ważnym wydarzeniu i potwierdzeniu, że faktycznie jestem do niej podobna.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Czemu płaczesz, nie wiesz, że nie wolno? To przestępstwo.
Chcesz się przytulić? – zapytał z zawadiackim uśmiechem.
Ma tupet, ale
jednocześnie coś mnie do niego przyciągnęło i faktycznie chwilę potem byłam w
jego ramionach. Czułam się bezpiecznie.
Zaraz! Czy ja czasem nie przytulam nieznanego
człowieka? Trudno, przez niego się otrząsnęłam, to się liczy.
Puścił mnie i odszedł. Ej no! Nie zostawiaj mnie
teraz! Jęknęłam. Więc to tak jest dostać kosza?
Westchnęłam i
ruszyłam w stronę domu. Znaczy miałam nadzieję, że idę w dobrym kierunku. Nadzieja
matką głupich, nie? Ani trochę nie zbliżałam się do domku ciotki. Spostrzegłam to
dopiero, gdy powoli zapadał zmrok, a ja szłam już ze dwie godziny. A biegłam
może około dziesięciu minut. No to teraz się zgubiłam… Bywałam w tym mieście
już miliony razy, ale nigdy nie widziałam praktycznie nic poza parkiem, gdzie
chodziłam z wujkiem na spacery, domem Titi i rezydencją jeszcze jednej rodziny.
Skoro
mowa o rezydencji to chyba weszłam na teren tych bogatych szych miejskich. Z
pewnością. Na tabliczkach widniały nazwiska osób, które kojarzyłam. Właściwie
to znajomi mojego wuja. Ma z nimi interesy i z tego co wiem, często z ciocią
chodzili na imprezy do nich. Nagle moim oczom ukazały się wielkie litery,
tworzące nazwisko „Neverly”. Uratowana!
Wcisnęłam
dzwonek przy wielkiej bramie i usłyszałam głośny, dochodzący z posiadłości,
dźwięk fletu, który grał krótką melodię. Za chwilę z domofonu odezwał się głos.
- Halo? – Wiedziałam, kto to powiedział. Moja
kochana kuzynka. Cudnie.
- Panna Loraleith Hoover pragnie obejrzeć
państwa dom i poradzić się u samych specjalistów – Próbowałam zabrzmieć, jak babka
w podeszłym wieku, nadziana pieniędzmi.
Usłyszałam pisk podniecenia i brama zaczęła się
otwierać.
Zawibrowała
mi komórka i gdybym nie dotknęła zielonej słuchawki, to wciąż sączyły by się
pierwsze takty „Aira” – utworu Bacha.
- Słucham?
- To ja, Titi. Mam złe wieści. Wyjeżdżam do Francji
w sprawach służbowych. Nie będzie mnie przez pół roku. Przepraszam… Jednak mogę
dać ci pieniądze na jakieś mieszkanie w mieście. Do jutra rana musisz poszukać
jakiejś miejscówki. Wątpię, czy znajdziesz. Tu wszystko tak szybko jest
zajmowane. W najgorszym wypadku musisz wrócić do ojca…
Rozłączyła się, a mnie rozsadzała złość. Nie
żebym miała coś do Titi. Rozumiem ją, ale jest jeden problem. Ja za Chiny nie
wrócę do Samuela! On jest potworem. Wolę zostać na dworze i umrzeć z głodu niż
tam wrócić. Co ja mam zrobić?
Z
rezydencji wybiegła moja kuzynka i rzucając się na mnie, przytuliła. Dawno jej
nie widziałam, a jest moją najlepszą przyjaciółką. No może nie najlepszą, bo
nigdy nie miałam najlepszej przyjaciółki, tylko tyle, że dogaduje się z nią.
Mogę się jej wyżalić. Jak byłam mniejsza to często nocując u niej robiłyśmy
babskie wieczory. No wiecie… Maseczki, charakteryzacje, pogaduszki i wnerwianie
domowników. Domowników i sąsiadów, zwłaszcza z naprzeciwka. Stare, dobre
czasy. Ona się jednak zmieniła, kiedyś
taka nie była.
- Boże, jak mi ciebie brakowało – mówiła, dalej
obejmując mnie.
- Mogę powiedzieć to samo o tobie, ale wiesz co?
Wcale się nie zmieniłaś i jeszcze bardziej wypiękniałaś. – Komplementy zawsze
pomagają.
- A ty niby nie? I… Zmieniłam się. Zmieniłam się
na gorsze. Jestem wredną suką, ale omińmy ten temat i cieszmy się twoją
obecnością tutaj. – Zaczęła i pociągnęła mnie za rękę do środka.
Przy okazji zaliczyłam wywrotkę na schodach do
drzwi wejściowych. Ja też chcę mieć taki dom! Jest jak pałac! Oni to mają
fajnie.
Przywitałam
się grzecznie z wujkiem, a ciocia także mnie przytuliła, jednakże o wiele
krócej i lżej niż kuzynka. Zaprowadzili mnie do pokoju dziewczyny. Och, Boże! Czemu
ja muszę jej wszystkiego zazdrościć? Cztery ściany były lawendowe, a dwie buraczkowe. Miała fioletowy fotel, białe łóżko z także fioletową pościelą. Ogólnie pomieszczenie było w odcieniach fioletu. Na ścianie powieszony był obraz, przedstawiający imprezę. Chyba. Nie byłam pewna. Gdzieś go widziałam, ale nie wiem gdzie.
- Miałaś remont? – Rozejrzałam się po pokoju
zachwycona, a w moich oczach można było
dostrzec iskierki.
- Nie – zaśmiała się, patrząc na mnie, jak na
idiotkę. – Miałam tak zawsze, no może poza niektórymi, małymi drobiazgami.
Nigdy nie zauważyłam, jak ma tu ślicznie? Nie
dość, że głupia to jeszcze ślepa.
Spojrzała na mnie wyczekująco.
- C-Co? – zająknęłam się.
Pokręciła głową z dezaprobatą. Super! Głupia,
ślepa i głucha. Co jeszcze?
- Gdzie będziesz mieszkać? Ponoć Titi się
wyprowadza…
No tak… Zapomniałam. Ja tu się cieszę, a mam na
głowie ogromny problem. Wzruszyłam ramionami ze smutną miną. Nie mam się gdzie
podziać. Titi wyjeżdża, Neverly odpadają, bo nie mają czasu się mną zajmować,
mimo że jestem prawie pełnoletnia. Mam tu jeszcze jakiś znajomych? Nie… Brak…
Po prostu cudownie! Ja mam jakiegoś pecha, czy mi się wydaję? Nie chcę wracać
do ojca.
Po moim poliku popłynęła jedna, samotna łza. Widząc to,
dziewczyna mnie przytuliła. Ja także ją objęłam. Życie jest męczące i trudne,
ale żeby aż tak? Nie dla każdego. Ona i jej rodzina żyją jak w bajce. Tak jej
zazdroszczę…_____________________________________________________
Starałam się, jak mogłam, żeby jakoś to wyszło i szczerze? Niezbyt podoba mi się ten rozdział >,<