Uwierzycie, że w końcu to napisałam? Jestem niesamowicie szczęśliwa. Jeśli bez składu lub z błędami to przepraszam, ale coś mnie w sercu wzięło, że rozdział należy się jak najszybciej. I dzisiaj po zakupach przysiadłam. Do napisania częściowo zainspirowała mnie piosenka Upiór w Operze, ale więcej w kolejnym rozdziale. Miłego czytania :*
Rozdzial IV
Krzyki.
Głośne krzyki. Czy to kiedyś się skończy? Zakryłam głowę poduszką i próbowałam
znów odpłynąć w pachnącej pościeli. Przerwał mi to pisk i porządny szum. Co do diabła…?
Podniosłam
się cała mokra. Blondynka stała nad moim łóżkiem. Mimo, że pewnie dopiero
wstała jej ułożony wygląd mnie fascynował. Zastanawiam się, jak ona to robi.
Dotarło do mnie, co zrobiła. Ta żmija wylała na mnie wodę! Stary żart, ale
skuteczny.
- Nie wybaczę ci tego! – wrzasnęłam i z rządzą
mordu zaczęłam ją gonić.
Wybiegłyśmy z pokoju. Parę razy się potknęłam,
ale to nie przeszkodziło mi w złapaniu jej. Miała na sobie szpilki, choć nie
wiem od kiedy łazi się po domu w butach, więc nie dobiegła daleko. Muszę jednak
przyznać, że nieźle się w tym wyćwiczyła. Popchnęłam ją na sofę a salonie i
rzuciłam się na nią. Gdyby nie szklanka wody, którą zapewne zostawił wczoraj
Nathaniel, to bym ją całkiem dopadła. Krystaliczna ciecz ciekła ze mnie strumieniami.
Ona jest chyba nienormalna! Otrząsnęłam się, chlapiąc ją. Nie minęła chwila, a
wyrwała mi się i stała spanikowana przed lustrem. Oglądała swój makijaż.
- To twoja wina – odparłam z łobuzerskim
uśmiechem.
Podeszła do mnie z pięścią, ale w ostatniej chwili
się opamiętała i odeszła. Westchnęłam. Co ja będę z nią miała?
Spojrzałam
na zegarek w kuchni, gdy robiłam sobie śniadanie. Otępiałam. Oczy wyszły z
orbit normalnie. Miałam na ósmą do szkoły, tak? Pobiegłam najszybciej jak
mogłam do pokoju Nathaniela. Wparowałam tam bez pytania.
- Amber jest jakaś pojebana?!!! – krzyknęłam.
Zaskoczony się obudził. Przetarł oczy i spojrzał
na mnie zdumiony.
- O co chodzi? – zapytał nieprzytomnie.
- Spójrz, która godzina! – Wskazałam na jego
budzik.
Wzruszył ramionami i przewrócił się na drugi
bok. Tupnęłam, jak małe dziecko i naburmuszona wyszłam z pomieszczenia.
Pierwszym pomysłem na jaki wpadłam to skierowanie się w stronę Amber. Z hukiem
otworzyłam drzwi. Była w środku, z uśmiechem na twarzy trzymała lokówkę.
- Już myślałam, że nie przyjdziesz.- Zaciągnęła
mnie na fotel.
Moje włosy nagle kręciły się we wszystkie
strony. Każdy kolor tęczy był osobnym lokiem, a raczej trzema lub czterema
lokami. Miałam bardzo gęste włosy, co mnie dość cieszyło. Błagałam, by nie
umalowała mnie jakoś dziwnie, albo żeby nie przesadziła z tapetą. Dziewczyna
jednak posłuchała się i miałam tylko lekki makijaż. Później założyłam turkusową
bluzkę bez rękawów, jasne biodrówki, sweterek i zwisające kolczyki.
Uśmiechnęłam się tylko do lustra.
Wbrew
pozorom byłam tej jędzy wdzięczna, że obudziła mnie tak wcześnie. Prawdą jest,
że przesadziła, ale nie mogę jej winić, kiedy przypominam sobie o jej zrytym
mózgu. Błyszczyk schowałam do torebki, tak samo jak kilka innych, potrzebnych
rzeczy. Z głębokim westchnięciem wyszłam z domu i skierowałam się do szkoły.
Dziwnie czułam się ze świadomością, iż jestem nowa i mogą mnie nie
zaakceptować. W sumie jednocześnie cieszyłam się na spotkanie z Rozalią. Dość
ciepło mnie przyjęła, a byłam pewna, że oparcie znajdę również u Alexy’ego. To
wprawdzie mój drugi dzień w nowym liceum, ale nie wiem, czy tamten można
zaliczyć do normalnych.
Przekroczyłam
bramę szkoły. Od razu napadł mnie niebieskowłosy wariat. Uśmiechnęłam się
szeroko do niego, a on jakby tego nie zauważając skrzywił się.
- Od kiedy trzymasz z Amber?- zapytał i zmierzył
mnie wzrokiem.
Zaśmiałam się, ale chyba nie uznał tego, jako
żartu i mówił poważnie. Tyknęłam go palcem w pierś.
- No… e…. Musiałam jej wybaczyć! Inaczej by mnie
męczyła całe życie! Może by mnie zabiła!? Wiesz do czego jest zdolna! Ja jej
wybaczyłam! Ona mi! I wszystko jest świetnie! Pomagamy sobie nawzajem! To moja
kuzynka! Nie mogę się na nią ciągle złościć!- krzyczałam zrezygnowana, głupio
machając rękoma. Nie denerwował mnie. Tłumaczyłam mu się, jak idiotka.
Machnęłam na to wszystko ręką. Złapałam go za
policzek, jak denerwująca ciotka.
- No co…? Malutki pączuszek będzie się gniewał?
Na ciociunię Lorę?- zapytałam zniekształcając dziecinnie swój głos.
Uspokoił się i odprowadził mnie pod klasę.
Powiedział, że musi coś załatwić i zniknął w tłumie. Ah, ten Alexy… Cholernie
śmieszne dziecko…
Nie
musiałam długo czekać na kolejną osobę. Zaledwie zdążyłam oprzeć się o jedną z
szafek, a przede mną pojawił się znany wszystkim uczeń szkoły. Panie i panowie!
Oto przede mną stoi jakże wspaniały Kastiel! Spojrzałam na niego lekceważąco.
- To przez ciebie są te wszystkie kłótnie-
oskarżyłam go i spróbowałam wyminąć.
Przyparł swoim ciałem do mojego i uwięził mnie.
Czułam na plecach chłód szafki, a na brzuchu i piersiach ciepło jego ciała.
Zgniatał mi cycki! A biustonosz wbijał się niemiłosiernie w klatkę piersiową.
Czerpał z tego satysfakcję. Poznałam bo zawadiackim uśmieszku na twarzy.
- Nie gniewaj się, kochanie- szepnął
uwodzicielsko.
- Nie mów do mnie kochanie- odparłam,
przewracając oczami.
Jednak jestem kobietą. Może młodą, ale
heteroseksualną, a ta sytuacja w jakimś stopniu mnie podniecała. Jego dłoń
powędrowała do mojego uda, więc nie zastanawiałam się dłużej. Podniosłam szybko
nogę, a moje kolano boleśnie zderzyło się z jego kroczem. Odsunął się
energiczne zaskoczony i skulił. Tak to jest, jak zaczyna się ze mną.
Pokręciłam
głową z dezaprobatą i zachichotałam. Był zły. Jego twarz zaczęła przybierać
odcień włosów. Wspaniały widok, aczkolwiek trochę obawiam się ciągu dalszego.
- Nie podchodź do mnie- ostrzegłam z groźną
miną.
Widać, że chciał mi coś zrobić, ale zadzwonił
dzwonek, a ja pospiesznie weszłam do klasy. Nie miał szans mnie teraz dopaść.
Pierwsza lekcja w drugim dniu szkoły. Moim dniu oczywiście. Nie najlepiej się
czułam z tą świadomością. Wolałabym jednak być oswojona z tą szkołą już.
Początki są zawsze trudne i męczące. I jeszcze teraz… ugh… matematyka.
Usiadłam
w ławce, ale Lysandra nie było. Może się spóźni? A jeśli nie przyjdzie w ogóle
do szkoły? Czym ja się w ogóle tak martwię? Nie przyjdzie to nie przyjdzie.
Poznam za to innych uczniów.
Białowłosy
wszedł do klasy zaraz po nauczycielu i dostał od niego krótką reprymendę. Nie
tłumaczył się, a ten przygłuchy koleś nie chciał tego. Gdyby w mojej szkole tak
się stało to już całe grono pedagogiczne musiałoby wiedzieć ze szczegółami, co
się stało. Tutaj tak nie jest i zastanawiam się czy to zaleta, czy wada.
Doprawdy trudne pytanie.
Chłopak
powitał mnie skinieniem głowy, na co odpowiedziałam serdecznym uśmiechem. Był jedną z tych osób, które faktycznie
polubiłam. Jeśli mam być szczera, to jest to większość poznanych osób. To małe
dziecko – Alexy, małpa podrywacz – Kastiel, tajemniczy myśliciel – Lysander i
pomocna uparciucha – Rozalia. Zbyt krótko tu czasu spędziłam, aby się do nich
przywiązać, ale cóż. Mam optymistyczne podejście.
Podrapałam
się po głowie, myśląc jak rozwiązać zadanie, kiedy nauczyciel przywołał mnie do
tablicy. O nie, już leżę. Ociągając się, dyskretnie podeszłam, przy okazji
omiatając wzrokiem całą klasę. Moje spojrzenie zatrzymało się na Natanielu.
Widział, jak oczy wołały mi o pomoc. Wskazał palcem na zadanie i odwrócił w
moją stronę książkę. Wyostrzyłam wzrok i skupiłam się na jednym konkretnym
punkcie, tak że dostrzegłam, co tam było napisane. Normalny człowiek by tak nie
zrobił. Nie ma szans, Nataniel siedział za daleko. Mrugnęłam do niego w geście
podziękowania i odwróciłam się do nauczyciela. To wszystko trwało zaledwie dwie
sekundy, ale nie chciałam by się niecierpliwił. Już dostatecznie mnie
znielubił. Szybko wykonałam ćwiczenie i wróciłam do ławki.
W
oczach białowłosego widziałam uznanie.
- Nie zrobiłbym tego, nie tak szybko. Brawo-
powiedział spokojnie, ale szczerze.
Uśmiechnęłam się szerzej.
- Och, nawet nie wiesz, jak było ciężko-
oznajmiłam bez namysłu.
Spojrzał na mnie podejrzliwie. Być może za dużo
wygadałam, ale przecież można to rozumieć na kilka sposobów. Lysander nawet nie
podejrzewa, jak to się stało. Niech tak zostanie. W przeciwnym wypadku… no cóż,
ja… dostałabym porządną karę za złamanie zasad.
Po
lekcji , którą spędziłam tak jak wczoraj, czyli na rozmawianiu, udałam się w
poszukiwaniu Rozalii, bo zbyt szybko wyszła z klasy. Niestety przeszkodził mi
nasz mały pajacyk. No mały nie był, bo wzrostem mnie przewyższał, i to o ponad
piętnaście centymetrów. Tak na oko stwierdzam.
- Organizujemy dzisiaj z Rozą imprezę. Dla
ciebie, zapoznawczą. Poznasz wtedy mojego brata i w ogóle liceum.- Patrzył na
mnie z iskierkami w oczach.
O nie… Tylko nie to… Nie mam ochoty na żadną
imprezę, szczególnie, na której będę gościem głównym. Z drugiej strony coś
takiego by się przydało, ale i tak nie odpowiada mi ten pomysł. Pokręciłam głową.
- Nie ma mowy- powiedziałam- Nie piszę się na coś
takiego. Nigdy.
- Za późno.- Wyszczerzył się od ucha do ucha
wyraźnie podekscytowany.
- Jak to?- Otworzyłam szerzej oczy.
- Rozalia poszła do Peggy, to taka dziewczyna od
szkolnej gazetki i tak dalej, i poprosiła o zamieszczeniu ogłoszenia na temat
tej imprezy.
- Nie idę.
Wyczytałam z jego twarzy zamiary i puściłam się
pędem za siebie. Jak najszybciej. Nie zmusi mnie, a wiem, że chciał mnie
torturować. Nie cierpię łaskotania! Z piskiem biegłam, co chwilę odwracając
głowę i zerkając jak jest daleko.
Nie
byłabym sobą, gdybym z niczym, lub raczej z nikim się nie zderzyła. W ostatniej
chwili ów osoba mnie złapała, bo poleciałabym na podłogę. Nie widziała mi się
ta myśl. Owszem, w upalne dni by się przydało ochłodzenie, ale był początek kwietnia, dopiero się ocieplało.
Podniosłam
głowę i zobaczyłam znajomą brązową czuprynę. Zdumiałam się. A co Kentin tu
robi? On też widocznie był zaskoczony moją obecnością.
- Chodzisz tu do szkoły?- zapytałam z
nieukrywanym zdziwieniem.
- Musiałem zobaczyć twoje kolorowe kudły. Po
szkole wojskowej mój tata wysłał mnie tutaj. A ty?- wytłumaczył, choć byłam jak
sparaliżowana.
- Zamieszkałam u rodziny.- Spuściłam głowę z
rumieńcami na twarzy.
On jako jedyny z poza rodziny znał moje
problemy. Wiedział o wszystkim, co działo się w moim domu. O ojcu, o tym jak
mnie traktował, kim był. A najważniejsze… o mamie. O tym, co się z nią stało.
Właśnie wtedy do niego pobiegłam, nie mogąc na to patrzeć. Byłam tak rozchwiana,
że mu opowiedziałam, co zrobił ojciec. On od samego początku go nie lubił, z
wzajemnością. Ale Kentin to była jedyna osoba, której mogłam się wyżalić. Nie
licząc kuzynki. On mieszkał niecałe sto metrów ode mnie, więc znaliśmy się od
małego. Płakałam kilka dni, po jego wyjeździe do szkoły. Od tamtego momentu nie
miałam z nim kontaktu, nawet w wakacje, bo wtedy wyjeżdżał z rodzicami, ale
czasami przychodziłam do jego mamy na herbatę. Bardzo miła osoba. Zakręcona i
niezdarna, ale przyjacielska.
Pokiwał
głową. Nie musiałam tłumaczyć, rozumiał wszystko. Przytuliłam się do niego,
mocno wbijając paznokcie w jego skórę. Musiałam się uspokoić, bo sama jego
obecność przypomniała mi o stracie mamy. Kochałam ją nad życie, była mi tak
bliska, a ten parszywy drań… Teraz leży w szpitalu, dobrze mu tak, choć jeśli
ja byłabym na miejscu mojej ciotki, to potraktowałabym go gorzej. Nie tak, aby
od razu umarł, ale żeby gnił w cierpieniach. Chuj… Starałam się zbytnio nie
rozklejać, ale dwie łzy popłynęły, delikatnie mocząc mu szarą koszulę. Uh,
jakich on mięśni nabrał. I muszę przyznać, że wyprzystojniał. Odchyliłam się
delikatnie, a zielonooki pocałował mnie w czoło i odsunął od siebie.
- Dzięki, zawsze mogłam na ciebie liczyć-
powiedziałam i wytarłam oczy, pociągając nosem.
- Ej, nie płacz. Jesteśmy przyjaciółmi, nie?-
Znów mnie objął.
Teraz nie miałam ochoty płakać i moje oczy też
tego nie chciały, lecz naprawdę przykro mi było, że odjechał. Zostawił mnie w
najcięższych dla mnie momentach. To jednak zrozumiałe, nie miał wyboru. Przynajmniej
jego mama czasami przekazywała mi pozdrowienia od niego. Czyli mnie nie zapomniał.
Obok
nas pojawiła się Rozalia. (Tak w ogóle to, gdzie Alexy?) Uniosła podejrzliwie brwi, na co
zachichotałam, a Kentin mnie puścił.
- Znasz go?- Zmrużyła oczy.
Niebywałe, że tak krótko się znamy, a mam
wrażenie, że jest moją najlepszą przyjaciółką i się o mnie martwi. Uśmiechnęłam
się do niej zakłopotana.
- To mój przyjaciel, chodziliśmy razem do
przedszkola, podstawówki i połowy gimnazjum. Znam go od dziecka- wyjaśniłam, na
co tylko się uśmiechnęła ciepło.
- Mniejsza. Alexy powiedział ci, co się szykuję?
Musisz wszystkich poznać. Violkę, Iris, Kim, Peggy, Melanię, Armina, Leo, Dake
i w ogóle wszystkich! Będziemy musiały kupić jakąś wystrzałowy komplet, buty,
spędzimy sporo czasu na makijażu, ale impreza zaczyna się…- Przestałam jej
słuchać.
Szłyśmy teraz przez korytarz pod rękę, a ona
gadała jak najęta. Ja natomiast skupiłam się na czymś innym. Musiałam
przemyśleć wszystko dokładnie. Cały czas wmawiam sobie, że przeszłość zostawię
za sobą, a jednak nie szłam w ogóle w tamtym kierunku. To głupie. Przecież nikt
nie ma w życiu tak wesoło. Są wzloty i upadki, a bez wielkiego upadku nie dozna
się szczęścia, bo się go po prostu nie zauważy. Liczę, więc na szczęście, do
którego sama muszę dążyć, ale przed tym… trzeba zostawić bolesne wspomnienia.
Nie zapominać o nim, bo to część mnie, ale nie zwracać na nie większej uwagi.
Uśmiechnęłam
się do siebie. Wiem, co zrobić. Podskoczyłam.
- Rozalia! Wiem, co trzeba zrobić!- pisnęłam
podekscytowania.
- Co?- zapytała, bo moje uniesienie było wyrwane
z kontekstu.
- Pójdziesz ze mną dzisiaj na zakupy? Takie
solidne? Tylko muszę coś przyszykować, a później ci coś pokażę. Obiecujesz, że
nikomu nie wygadasz? Za nic w świecie?- zapytałam. Wpakuję się w kłopoty, to
pewne. Ale za to poczuję pełnię życia. Ufam jej, mimo krótkiej znajomości, jest
dla mnie ważna i jej ufam.
Kiwnęła niepewnie głową.
- Na mały paluszek?- Zrobiłam dziecinną minę.
-Na paluszek- przytaknęła i chwyciła za mój
wystawiony palec.
Zadzwonił
dzwonek, więc poszłyśmy na lekcje, usiadła ze mną, gadając o wszystkim i o
niczym. I tak przez całą resztę lekcji. Nie wracałam nawet do domu,
powiedziałam Natanielowi, żeby w razie, czego poinformował ciotkę, gdzie
jestem. Ruszyłyśmy do centrum handlowego. Dość długo wybierałyśmy jakąś odpowiedni
strój, najpierw dla niej, potem dla mnie. Wybrałyśmy bardzo podobne do siebie.
Wcale mi to nie przeszkadzało, a to Rozalia wpadła na ten pomysł. Myślałam, że
będzie raczej niezadowolona, iż mamy podobne ciuchy, ale jej to wyjątkowo
pasowało. Powiedziała, że to domówka, więc mamy się ubrać wygodnie, ale z
wdziękiem. Czyli tak jak na co dzień, jak to ujęła. Jej sukienka była w
słonecznym kolorze i ładnie komponowała się ze złotym kolorem jej oczu.
Natomiast mi przypadła czarna, bo tęczowe włosy odbierały pole do popisu i
trudno było znaleźć coś kolorowego, aby pasowało. Na koniec usiadłyśmy na
fontannie pośród mnóstwa sklepów i jadłyśmy lody kręcone, śmiejąc się przy tym,
jak opętane. Ten wypad bardzo mi się podobał. Przy okazji kupiłam sobie parę
innych ciuchów, kilka sukienek wieczorowych, kilka krótszych, kilka normalnych
zestawów i parę dodatków. I nowe perfumy, truskawkowo-arbuzowe, a do tego jeszcze
fiołkowe. Wolę jednak te owocowe.
Nadal
nie wróciłam do domu, zadzwoniłam do cioci, że idę na imprezę i zanocuję u
przyjaciółki. Była dość niechętna, ale po pewnym czasie się zgodziła. Ja
oklapłam na kanapę w domu Rozalii i otarłam maleńkie kropelki potu na czole. To
było męczące, ale miłe. Chyba to był pierwszy raz, kiedy poszłam z kimś na
zakupy i to jeszcze tak obfite. Roza poszła się umyć, przed imprezą, a ja
podziwiałam dom. Nie był kolorowy, ale niektóre czerwone dodatki dodawały mu
elegancji. Tak, jak czerwone róże z napisem „Dla ukochanej Rozalii”. Cichy
wielbiciel, czy ujawniony? W każdym razie pewnie się cieszyła. To mały, ale
słodki gest i czasami wystarcza, aby czuć, że można odlecieć do gwiazd. Podłogę miała ciemną, niemal czarną, a ściany
białe. Szare blaty w kuchni mogłyby wydawać się takie puste, bez emocji, ale
Roza była na tyle kreatywna, że ich kształt, wzory itp. rozwiewały te
podejrzenia.
Przyszykowałam
sobie sukienkę i już miałam opaść na sofę, ale białowłosa wróciła spod
prysznica.
- Od kogo?- zapytałam, chwytając karteczkę
przypiętą do róż.
- Od Leo. Mojego chłopaka. To brat Lysandra. Ma
własny sklep i jest taki cudowny.- Widziałam jej iskierki w oczach. Jest chyba
naprawdę zakochana. Zawsze sądziłam, że miłość jest zła, ale czy na pewno?
Kiedy jest odwzajemniona lepiej być nie może. Widziałam po jej przykładzie.
Opowiedziała
mi trochę o nim, o Lysandrze, ich rodzicach, jak go poznała i chwilach z jej
związku. Uśmiechałam się ciepło rozmarzona. Może mnie też czeka coś takiego.
Mówią, że wielka miłość jest zawsze odwzajemniona. Ah… niesamowite. Ale co
innego się przyglądać, a co innego czuć to na własnej skórze. Boję się tego,
mimo wszystko nie chcę się zakochać. Nie teraz. Kiedyś, ale na pewno nie teraz.
Na razie wolę się porządnie pobawić. Między innymi dlatego zgodziłam się na tą
imprezę, ale musiałam to sobie faktycznie uświadomić.
Poszłam
do łazienki, bo nie zostało dużo czasu. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w
nową sukienkę. Rozalia zajęła się moimi włosami, makijażem i tym całym
cholerstwem, z którym nigdy nie mogłam sobie poradzić i zbytnio nie próbowałam.
Przez Amber nadal miałam loki, ale powoli się prostowały, więc są falowane,
miejscami poskręcane i kiedy Roza podpięła je w różnych miejscach prezentowały
się bardzo ładnie.
[ A - Roza, B - Lora]
[ A - Roza, B - Lora]
Zostało
nam jeszcze pół godziny, a z jej opowiadań wywnioskowałam, że to odbywa się w
domu Alexy’iego, bo jego rodzice wybyli, a on z bratem ma na cały tydzień wolną
chatę. Jeszcze nie poznałam jego brata, w szkole go nie widziałam, ani nic. I
jeszcze wiem tyle, że ich dom mieści się niedaleko jej, więc na piechotę dotrzemy.
Posiedziałyśmy z herbatą jeszcze piętnaście minut i wyszłyśmy.
Zbliżała
się dwudziesta pierwsza, a noc szybko zapadła i teraz drogę oświetlały nam
jedynie nieliczne lampy, oddalone o dwieście metrów, z czego działały trzy, i
blade światło księżyca. Przy końcu ulicy widziałam już dom, do którego
zmierzałyśmy. Było to nawet daleko, bo ciemność dłużyła nam drogę. Przez ulicę przebiegł czarny kot z głośnym
miaukcięniem. Ze strachu Rozalia pisnęła cicho, a ja się wzdrygnęłam. Robiło
się dość zimno. Ile jeszcze będziemy tam szły? Mam wrażenie, że zbliżając się
tam, coraz bardziej się oddalałyśmy.
Poczułam oddech na
plecach. Nie zwróciłam na to uwagi, ale moje serce tak i znacznie przyśpieszyło
tempa. Coś śliskiego przejechało po moim ramieniu i dojechało do szyi, po czym
zniknęło. Przełknęłam głośno ślinę i szłam dalej. Rozalia widocznie tego nie
zauważyła, ale nagle się wzdrygnęła. Co to jest?
- Lora…- usłyszałam przeciągnięty syk przy uchu.
Taki jakby zadowolony i nienasycony.- Tak długo cię szukałem…
Nie mogłam nie zareagować, więc powoli chciałam
się odwrócić, ale zimne dłonie uniemożliwiły mi to. Powstrzymywałam krzyk.
- Chodź… Chodź ze mną…- Delikatnie odciągnął
mnie do tyłu.
Rozy nigdzie nie było, więc tym bardziej się
przestraszyłam. Moje ciało się trzęsło, a serce biło niemiłosiernie głośno.
Ktoś za mną, na pewno je słyszał. I to wyraźnie.
- Nie bój się… Ja chcę cię po prostu zabrać ze
sobą…- szepnął i zaśmiał się psychopatycznie.
Przygryzłam wargi, a kiedy o wiele mocniej pociągnął
mnie do tyłu, powoli zatracałam się w ciemności. By po chwili przestać widzieć
i czuć. Ale słyszałam. Przerażające szepty. Wypowiadały moje imię, śpiewały je
w dramatycznej melodii i dodawały różne słowa. Ich głos był piękny, ale straszny. Mówiły na raz, tak że nie odróżniałam nic oprócz swojego imienia. Były straszne, a mi
pękała głowa. Chciałam krzyczeć. Stawały się coraz głośniejsze. Chciałam
krzyczeć, ale nie mogłam. Jeszcze bardziej się wzmocniły. Chciałam krzyczeć,
ale nie potrafiłam wydobyć żadnego dźwięku ze strachu i z niemocy…

