Muzyczka ;)

wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział IV

Uwierzycie, że w końcu to napisałam? Jestem niesamowicie szczęśliwa. Jeśli bez składu lub z błędami to przepraszam, ale coś mnie w sercu wzięło, że rozdział należy się jak najszybciej. I dzisiaj po zakupach przysiadłam. Do napisania częściowo zainspirowała mnie piosenka Upiór w Operze, ale więcej w kolejnym rozdziale. Miłego czytania :*
Rozdzial IV

                Krzyki. Głośne krzyki. Czy to kiedyś się skończy? Zakryłam głowę poduszką i próbowałam znów odpłynąć w pachnącej pościeli. Przerwał mi to pisk i porządny szum. Co do diabła…?
            Podniosłam się cała mokra. Blondynka stała nad moim łóżkiem. Mimo, że pewnie dopiero wstała jej ułożony wygląd mnie fascynował. Zastanawiam się, jak ona to robi. Dotarło do mnie, co zrobiła. Ta żmija wylała na mnie wodę! Stary żart, ale skuteczny.
- Nie wybaczę ci tego! – wrzasnęłam i z rządzą mordu zaczęłam ją gonić.
Wybiegłyśmy z pokoju. Parę razy się potknęłam, ale to nie przeszkodziło mi w złapaniu jej. Miała na sobie szpilki, choć nie wiem od kiedy łazi się po domu w butach, więc nie dobiegła daleko. Muszę jednak przyznać, że nieźle się w tym wyćwiczyła. Popchnęłam ją na sofę a salonie i rzuciłam się na nią. Gdyby nie szklanka wody, którą zapewne zostawił wczoraj Nathaniel, to bym ją całkiem dopadła. Krystaliczna ciecz ciekła ze mnie strumieniami. Ona jest chyba nienormalna! Otrząsnęłam się, chlapiąc ją. Nie minęła chwila, a wyrwała mi się i stała spanikowana przed lustrem. Oglądała swój makijaż.
- To twoja wina – odparłam z łobuzerskim uśmiechem.
Podeszła do mnie z pięścią, ale w ostatniej chwili się opamiętała i odeszła. Westchnęłam. Co ja będę z nią miała?
            Spojrzałam na zegarek w kuchni, gdy robiłam sobie śniadanie. Otępiałam. Oczy wyszły z orbit normalnie. Miałam na ósmą do szkoły, tak? Pobiegłam najszybciej jak mogłam do pokoju Nathaniela. Wparowałam tam bez pytania.
- Amber jest jakaś pojebana?!!! – krzyknęłam.
Zaskoczony się obudził. Przetarł oczy i spojrzał na mnie zdumiony.
- O co chodzi? – zapytał nieprzytomnie.
- Spójrz, która godzina! – Wskazałam na jego budzik.
Wzruszył ramionami i przewrócił się na drugi bok. Tupnęłam, jak małe dziecko i naburmuszona wyszłam z pomieszczenia. Pierwszym pomysłem na jaki wpadłam to skierowanie się w stronę Amber. Z hukiem otworzyłam drzwi. Była w środku, z uśmiechem na twarzy trzymała lokówkę.
- Już myślałam, że nie przyjdziesz.- Zaciągnęła mnie na fotel.
Moje włosy nagle kręciły się we wszystkie strony. Każdy kolor tęczy był osobnym lokiem, a raczej trzema lub czterema lokami. Miałam bardzo gęste włosy, co mnie dość cieszyło. Błagałam, by nie umalowała mnie jakoś dziwnie, albo żeby nie przesadziła z tapetą. Dziewczyna jednak posłuchała się i miałam tylko lekki makijaż. Później założyłam turkusową bluzkę bez rękawów, jasne biodrówki, sweterek i zwisające kolczyki. Uśmiechnęłam się tylko do lustra.
            Wbrew pozorom byłam tej jędzy wdzięczna, że obudziła mnie tak wcześnie. Prawdą jest, że przesadziła, ale nie mogę jej winić, kiedy przypominam sobie o jej zrytym mózgu. Błyszczyk schowałam do torebki, tak samo jak kilka innych, potrzebnych rzeczy. Z głębokim westchnięciem wyszłam z domu i skierowałam się do szkoły. Dziwnie czułam się ze świadomością, iż jestem nowa i mogą mnie nie zaakceptować. W sumie jednocześnie cieszyłam się na spotkanie z Rozalią. Dość ciepło mnie przyjęła, a byłam pewna, że oparcie znajdę również u Alexy’ego. To wprawdzie mój drugi dzień w nowym liceum, ale nie wiem, czy tamten można zaliczyć do normalnych.
            Przekroczyłam bramę szkoły. Od razu napadł mnie niebieskowłosy wariat. Uśmiechnęłam się szeroko do niego, a on jakby tego nie zauważając skrzywił się.
- Od kiedy trzymasz z Amber?- zapytał i zmierzył mnie wzrokiem.
Zaśmiałam się, ale chyba nie uznał tego, jako żartu i mówił poważnie. Tyknęłam go palcem w pierś.
- No… e…. Musiałam jej wybaczyć! Inaczej by mnie męczyła całe życie! Może by mnie zabiła!? Wiesz do czego jest zdolna! Ja jej wybaczyłam! Ona mi! I wszystko jest świetnie! Pomagamy sobie nawzajem! To moja kuzynka! Nie mogę się na nią ciągle złościć!- krzyczałam zrezygnowana, głupio machając rękoma. Nie denerwował mnie. Tłumaczyłam mu się, jak idiotka.
Machnęłam na to wszystko ręką. Złapałam go za policzek, jak denerwująca ciotka.
- No co…? Malutki pączuszek będzie się gniewał? Na ciociunię Lorę?- zapytałam zniekształcając dziecinnie swój głos.
Uspokoił się i odprowadził mnie pod klasę. Powiedział, że musi coś załatwić i zniknął w tłumie. Ah, ten Alexy… Cholernie śmieszne dziecko…
            Nie musiałam długo czekać na kolejną osobę. Zaledwie zdążyłam oprzeć się o jedną z szafek, a przede mną pojawił się znany wszystkim uczeń szkoły. Panie i panowie! Oto przede mną stoi jakże wspaniały Kastiel! Spojrzałam na niego lekceważąco.
- To przez ciebie są te wszystkie kłótnie- oskarżyłam go i spróbowałam wyminąć.
Przyparł swoim ciałem do mojego i uwięził mnie. Czułam na plecach chłód szafki, a na brzuchu i piersiach ciepło jego ciała. Zgniatał mi cycki! A biustonosz wbijał się niemiłosiernie w klatkę piersiową. Czerpał z tego satysfakcję. Poznałam bo zawadiackim uśmieszku na twarzy.
- Nie gniewaj się, kochanie- szepnął uwodzicielsko.
- Nie mów do mnie kochanie- odparłam, przewracając oczami.
Jednak jestem kobietą. Może młodą, ale heteroseksualną, a ta sytuacja w jakimś stopniu mnie podniecała. Jego dłoń powędrowała do mojego uda, więc nie zastanawiałam się dłużej. Podniosłam szybko nogę, a moje kolano boleśnie zderzyło się z jego kroczem. Odsunął się energiczne zaskoczony i skulił. Tak to jest, jak zaczyna się ze mną.
            Pokręciłam głową z dezaprobatą i zachichotałam. Był zły. Jego twarz zaczęła przybierać odcień włosów. Wspaniały widok, aczkolwiek trochę obawiam się ciągu dalszego.
- Nie podchodź do mnie- ostrzegłam z groźną miną.
Widać, że chciał mi coś zrobić, ale zadzwonił dzwonek, a ja pospiesznie weszłam do klasy. Nie miał szans mnie teraz dopaść. Pierwsza lekcja w drugim dniu szkoły. Moim dniu oczywiście. Nie najlepiej się czułam z tą świadomością. Wolałabym jednak być oswojona z tą szkołą już. Początki są zawsze trudne i męczące. I jeszcze teraz… ugh… matematyka.
            Usiadłam w ławce, ale Lysandra nie było. Może się spóźni? A jeśli nie przyjdzie w ogóle do szkoły? Czym ja się w ogóle tak martwię? Nie przyjdzie to nie przyjdzie. Poznam za to innych uczniów.
            Białowłosy wszedł do klasy zaraz po nauczycielu i dostał od niego krótką reprymendę. Nie tłumaczył się, a ten przygłuchy koleś nie chciał tego. Gdyby w mojej szkole tak się stało to już całe grono pedagogiczne musiałoby wiedzieć ze szczegółami, co się stało. Tutaj tak nie jest i zastanawiam się czy to zaleta, czy wada. Doprawdy trudne pytanie.
            Chłopak powitał mnie skinieniem głowy, na co odpowiedziałam serdecznym uśmiechem.  Był jedną z tych osób, które faktycznie polubiłam. Jeśli mam być szczera, to jest to większość poznanych osób. To małe dziecko – Alexy, małpa podrywacz – Kastiel, tajemniczy myśliciel – Lysander i pomocna uparciucha – Rozalia. Zbyt krótko tu czasu spędziłam, aby się do nich przywiązać, ale cóż. Mam optymistyczne podejście.
            Podrapałam się po głowie, myśląc jak rozwiązać zadanie, kiedy nauczyciel przywołał mnie do tablicy. O nie, już leżę. Ociągając się, dyskretnie podeszłam, przy okazji omiatając wzrokiem całą klasę. Moje spojrzenie zatrzymało się na Natanielu. Widział, jak oczy wołały mi o pomoc. Wskazał palcem na zadanie i odwrócił w moją stronę książkę. Wyostrzyłam wzrok i skupiłam się na jednym konkretnym punkcie, tak że dostrzegłam, co tam było napisane. Normalny człowiek by tak nie zrobił. Nie ma szans, Nataniel siedział za daleko. Mrugnęłam do niego w geście podziękowania i odwróciłam się do nauczyciela. To wszystko trwało zaledwie dwie sekundy, ale nie chciałam by się niecierpliwił. Już dostatecznie mnie znielubił. Szybko wykonałam ćwiczenie i wróciłam do ławki.
            W oczach białowłosego widziałam uznanie.
- Nie zrobiłbym tego, nie tak szybko. Brawo- powiedział spokojnie, ale szczerze.
Uśmiechnęłam się szerzej.
- Och, nawet nie wiesz, jak było ciężko- oznajmiłam bez namysłu.
Spojrzał na mnie podejrzliwie. Być może za dużo wygadałam, ale przecież można to rozumieć na kilka sposobów. Lysander nawet nie podejrzewa, jak to się stało. Niech tak zostanie. W przeciwnym wypadku… no cóż, ja… dostałabym porządną karę za złamanie zasad.
            Po lekcji , którą spędziłam tak jak wczoraj, czyli na rozmawianiu, udałam się w poszukiwaniu Rozalii, bo zbyt szybko wyszła z klasy. Niestety przeszkodził mi nasz mały pajacyk. No mały nie był, bo wzrostem mnie przewyższał, i to o ponad piętnaście centymetrów. Tak na oko stwierdzam.
- Organizujemy dzisiaj z Rozą imprezę. Dla ciebie, zapoznawczą. Poznasz wtedy mojego brata i w ogóle liceum.- Patrzył na mnie z iskierkami w oczach.
O nie… Tylko nie to… Nie mam ochoty na żadną imprezę, szczególnie, na której będę gościem głównym. Z drugiej strony coś takiego by się przydało, ale i tak nie odpowiada mi ten pomysł.  Pokręciłam głową.
- Nie ma mowy- powiedziałam- Nie piszę się na coś takiego. Nigdy.
- Za późno.- Wyszczerzył się od ucha do ucha wyraźnie podekscytowany.
- Jak to?- Otworzyłam szerzej oczy.
- Rozalia poszła do Peggy, to taka dziewczyna od szkolnej gazetki i tak dalej, i poprosiła o zamieszczeniu ogłoszenia na temat tej imprezy.
- Nie idę.
Wyczytałam z jego twarzy zamiary i puściłam się pędem za siebie. Jak najszybciej. Nie zmusi mnie, a wiem, że chciał mnie torturować. Nie cierpię łaskotania! Z piskiem biegłam, co chwilę odwracając głowę i zerkając jak jest daleko.
            Nie byłabym sobą, gdybym z niczym, lub raczej z nikim się nie zderzyła. W ostatniej chwili ów osoba mnie złapała, bo poleciałabym na podłogę. Nie widziała mi się ta myśl. Owszem, w upalne dni by się przydało ochłodzenie, ale był początek kwietnia, dopiero się ocieplało.
            Podniosłam głowę i zobaczyłam znajomą brązową czuprynę. Zdumiałam się. A co Kentin tu robi? On też widocznie był zaskoczony moją obecnością.
- Chodzisz tu do szkoły?- zapytałam z nieukrywanym zdziwieniem.
- Musiałem zobaczyć twoje kolorowe kudły. Po szkole wojskowej mój tata wysłał mnie tutaj. A ty?- wytłumaczył, choć byłam jak sparaliżowana.
- Zamieszkałam u rodziny.- Spuściłam głowę z rumieńcami na twarzy.
On jako jedyny z poza rodziny znał moje problemy. Wiedział o wszystkim, co działo się w moim domu. O ojcu, o tym jak mnie traktował, kim był. A najważniejsze… o mamie. O tym, co się z nią stało. Właśnie wtedy do niego pobiegłam, nie mogąc na to patrzeć. Byłam tak rozchwiana, że mu opowiedziałam, co zrobił ojciec. On od samego początku go nie lubił, z wzajemnością. Ale Kentin to była jedyna osoba, której mogłam się wyżalić. Nie licząc kuzynki. On mieszkał niecałe sto metrów ode mnie, więc znaliśmy się od małego. Płakałam kilka dni, po jego wyjeździe do szkoły. Od tamtego momentu nie miałam z nim kontaktu, nawet w wakacje, bo wtedy wyjeżdżał z rodzicami, ale czasami przychodziłam do jego mamy na herbatę. Bardzo miła osoba. Zakręcona i niezdarna, ale przyjacielska.
            Pokiwał głową. Nie musiałam tłumaczyć, rozumiał wszystko. Przytuliłam się do niego, mocno wbijając paznokcie w jego skórę. Musiałam się uspokoić, bo sama jego obecność przypomniała mi o stracie mamy. Kochałam ją nad życie, była mi tak bliska, a ten parszywy drań… Teraz leży w szpitalu, dobrze mu tak, choć jeśli ja byłabym na miejscu mojej ciotki, to potraktowałabym go gorzej. Nie tak, aby od razu umarł, ale żeby gnił w cierpieniach. Chuj… Starałam się zbytnio nie rozklejać, ale dwie łzy popłynęły, delikatnie mocząc mu szarą koszulę. Uh, jakich on mięśni nabrał. I muszę przyznać, że wyprzystojniał. Odchyliłam się delikatnie, a zielonooki pocałował mnie w czoło i odsunął od siebie.
- Dzięki, zawsze mogłam na ciebie liczyć- powiedziałam i wytarłam oczy, pociągając nosem.
- Ej, nie płacz. Jesteśmy przyjaciółmi, nie?- Znów mnie objął.
Teraz nie miałam ochoty płakać i moje oczy też tego nie chciały, lecz naprawdę przykro mi było, że odjechał. Zostawił mnie w najcięższych dla mnie momentach. To jednak zrozumiałe, nie miał wyboru. Przynajmniej jego mama czasami przekazywała mi pozdrowienia od niego.  Czyli mnie nie zapomniał.
            Obok nas pojawiła się Rozalia. (Tak w ogóle to, gdzie Alexy?)  Uniosła podejrzliwie brwi, na co zachichotałam, a Kentin mnie puścił.
- Znasz go?- Zmrużyła oczy.
Niebywałe, że tak krótko się znamy, a mam wrażenie, że jest moją najlepszą przyjaciółką i się o mnie martwi. Uśmiechnęłam się do niej zakłopotana.
- To mój przyjaciel, chodziliśmy razem do przedszkola, podstawówki i połowy gimnazjum. Znam go od dziecka- wyjaśniłam, na co tylko się uśmiechnęła ciepło.
- Mniejsza. Alexy powiedział ci, co się szykuję? Musisz wszystkich poznać. Violkę, Iris, Kim, Peggy, Melanię, Armina, Leo, Dake i w ogóle wszystkich! Będziemy musiały kupić jakąś wystrzałowy komplet, buty, spędzimy sporo czasu na makijażu, ale impreza zaczyna się…- Przestałam jej słuchać.
Szłyśmy teraz przez korytarz pod rękę, a ona gadała jak najęta. Ja natomiast skupiłam się na czymś innym. Musiałam przemyśleć wszystko dokładnie. Cały czas wmawiam sobie, że przeszłość zostawię za sobą, a jednak nie szłam w ogóle w tamtym kierunku. To głupie. Przecież nikt nie ma w życiu tak wesoło. Są wzloty i upadki, a bez wielkiego upadku nie dozna się szczęścia, bo się go po prostu nie zauważy. Liczę, więc na szczęście, do którego sama muszę dążyć, ale przed tym… trzeba zostawić bolesne wspomnienia. Nie zapominać o nim, bo to część mnie, ale nie zwracać na nie większej uwagi.
            Uśmiechnęłam się do siebie. Wiem, co zrobić. Podskoczyłam.
- Rozalia! Wiem, co trzeba zrobić!- pisnęłam podekscytowania.
- Co?- zapytała, bo moje uniesienie było wyrwane z kontekstu.
- Pójdziesz ze mną dzisiaj na zakupy? Takie solidne? Tylko muszę coś przyszykować, a później ci coś pokażę. Obiecujesz, że nikomu nie wygadasz? Za nic w świecie?- zapytałam. Wpakuję się w kłopoty, to pewne. Ale za to poczuję pełnię życia. Ufam jej, mimo krótkiej znajomości, jest dla mnie ważna i jej ufam.
Kiwnęła niepewnie głową.
- Na mały paluszek?- Zrobiłam dziecinną minę.
-Na paluszek- przytaknęła i chwyciła za mój wystawiony palec.
            Zadzwonił dzwonek, więc poszłyśmy na lekcje, usiadła ze mną, gadając o wszystkim i o niczym. I tak przez całą resztę lekcji. Nie wracałam nawet do domu, powiedziałam Natanielowi, żeby w razie, czego poinformował ciotkę, gdzie jestem. Ruszyłyśmy do centrum handlowego. Dość długo wybierałyśmy jakąś odpowiedni strój, najpierw dla niej, potem dla mnie. Wybrałyśmy bardzo podobne do siebie. Wcale mi to nie przeszkadzało, a to Rozalia wpadła na ten pomysł. Myślałam, że będzie raczej niezadowolona, iż mamy podobne ciuchy, ale jej to wyjątkowo pasowało. Powiedziała, że to domówka, więc mamy się ubrać wygodnie, ale z wdziękiem. Czyli tak jak na co dzień, jak to ujęła. Jej sukienka była w słonecznym kolorze i ładnie komponowała się ze złotym kolorem jej oczu. Natomiast mi przypadła czarna, bo tęczowe włosy odbierały pole do popisu i trudno było znaleźć coś kolorowego, aby pasowało. Na koniec usiadłyśmy na fontannie pośród mnóstwa sklepów i jadłyśmy lody kręcone, śmiejąc się przy tym, jak opętane. Ten wypad bardzo mi się podobał. Przy okazji kupiłam sobie parę innych ciuchów, kilka sukienek wieczorowych, kilka krótszych, kilka normalnych zestawów i parę dodatków. I nowe perfumy, truskawkowo-arbuzowe, a do tego jeszcze fiołkowe. Wolę jednak te owocowe.
            Nadal nie wróciłam do domu, zadzwoniłam do cioci, że idę na imprezę i zanocuję u przyjaciółki. Była dość niechętna, ale po pewnym czasie się zgodziła. Ja oklapłam na kanapę w domu Rozalii i otarłam maleńkie kropelki potu na czole. To było męczące, ale miłe. Chyba to był pierwszy raz, kiedy poszłam z kimś na zakupy i to jeszcze tak obfite. Roza poszła się umyć, przed imprezą, a ja podziwiałam dom. Nie był kolorowy, ale niektóre czerwone dodatki dodawały mu elegancji. Tak, jak czerwone róże z napisem „Dla ukochanej Rozalii”. Cichy wielbiciel, czy ujawniony? W każdym razie pewnie się cieszyła. To mały, ale słodki gest i czasami wystarcza, aby czuć, że można odlecieć do gwiazd.  Podłogę miała ciemną, niemal czarną, a ściany białe. Szare blaty w kuchni mogłyby wydawać się takie puste, bez emocji, ale Roza była na tyle kreatywna, że ich kształt, wzory itp. rozwiewały te podejrzenia.
            Przyszykowałam sobie sukienkę i już miałam opaść na sofę, ale białowłosa wróciła spod prysznica.
- Od kogo?- zapytałam, chwytając karteczkę przypiętą do róż.
- Od Leo. Mojego chłopaka. To brat Lysandra. Ma własny sklep i jest taki cudowny.- Widziałam jej iskierki w oczach. Jest chyba naprawdę zakochana. Zawsze sądziłam, że miłość jest zła, ale czy na pewno? Kiedy jest odwzajemniona lepiej być nie może. Widziałam po jej przykładzie.
            Opowiedziała mi trochę o nim, o Lysandrze, ich rodzicach, jak go poznała i chwilach z jej związku. Uśmiechałam się ciepło rozmarzona. Może mnie też czeka coś takiego. Mówią, że wielka miłość jest zawsze odwzajemniona. Ah… niesamowite. Ale co innego się przyglądać, a co innego czuć to na własnej skórze. Boję się tego, mimo wszystko nie chcę się zakochać. Nie teraz. Kiedyś, ale na pewno nie teraz. Na razie wolę się porządnie pobawić. Między innymi dlatego zgodziłam się na tą imprezę, ale musiałam to sobie faktycznie uświadomić.       
            Poszłam do łazienki, bo nie zostało dużo czasu. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w nową sukienkę. Rozalia zajęła się moimi włosami, makijażem i tym całym cholerstwem, z którym nigdy nie mogłam sobie poradzić i zbytnio nie próbowałam. Przez Amber nadal miałam loki, ale powoli się prostowały, więc są falowane, miejscami poskręcane i kiedy Roza podpięła je w różnych miejscach prezentowały się bardzo ładnie.
[ A - Roza, B - Lora]

            Zostało nam jeszcze pół godziny, a z jej opowiadań wywnioskowałam, że to odbywa się w domu Alexy’iego, bo jego rodzice wybyli, a on z bratem ma na cały tydzień wolną chatę. Jeszcze nie poznałam jego brata, w szkole go nie widziałam, ani nic. I jeszcze wiem tyle, że ich dom mieści się niedaleko jej, więc na piechotę dotrzemy. Posiedziałyśmy z herbatą jeszcze piętnaście minut i wyszłyśmy.
            Zbliżała się dwudziesta pierwsza, a noc szybko zapadła i teraz drogę oświetlały nam jedynie nieliczne lampy, oddalone o dwieście metrów, z czego działały trzy, i blade światło księżyca. Przy końcu ulicy widziałam już dom, do którego zmierzałyśmy. Było to nawet daleko, bo ciemność dłużyła nam drogę.  Przez ulicę przebiegł czarny kot z głośnym miaukcięniem. Ze strachu Rozalia pisnęła cicho, a ja się wzdrygnęłam. Robiło się dość zimno. Ile jeszcze będziemy tam szły? Mam wrażenie, że zbliżając się tam, coraz bardziej się oddalałyśmy.
Poczułam oddech na plecach. Nie zwróciłam na to uwagi, ale moje serce tak i znacznie przyśpieszyło tempa. Coś śliskiego przejechało po moim ramieniu i dojechało do szyi, po czym zniknęło. Przełknęłam głośno ślinę i szłam dalej. Rozalia widocznie tego nie zauważyła, ale nagle się wzdrygnęła. Co to jest?
- Lora…- usłyszałam przeciągnięty syk przy uchu. Taki jakby zadowolony i nienasycony.- Tak długo cię szukałem…
Nie mogłam nie zareagować, więc powoli chciałam się odwrócić, ale zimne dłonie uniemożliwiły mi to. Powstrzymywałam krzyk.
- Chodź… Chodź ze mną…- Delikatnie odciągnął mnie do tyłu.
Rozy nigdzie nie było, więc tym bardziej się przestraszyłam. Moje ciało się trzęsło, a serce biło niemiłosiernie głośno. Ktoś za mną, na pewno je słyszał. I to wyraźnie.
- Nie bój się… Ja chcę cię po prostu zabrać ze sobą…- szepnął i zaśmiał się psychopatycznie.

Przygryzłam wargi, a kiedy o wiele mocniej pociągnął mnie do tyłu, powoli zatracałam się w ciemności. By po chwili przestać widzieć i czuć. Ale słyszałam. Przerażające szepty. Wypowiadały moje imię, śpiewały je w dramatycznej melodii i dodawały różne słowa. Ich głos był piękny, ale straszny. Mówiły na raz, tak że nie odróżniałam nic oprócz swojego imienia. Były straszne, a mi pękała głowa. Chciałam krzyczeć. Stawały się coraz głośniejsze. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Jeszcze bardziej się wzmocniły. Chciałam krzyczeć, ale nie potrafiłam wydobyć żadnego dźwięku ze strachu i z niemocy…

2 komentarze: